|
|
sobota, 09 sierpnia 2008
Przez Ten most, po raz pierwszy i ostatni.
Pełen autobus komunikacji miejskiej, w dzień powszedni, w środku nocy. Ale mój komputer pokładowy przypomniał mi, iż aktualnie przebywamy w mieście zamieszkałym przez 8 milionów ludzi, a jak wiadomo,ludzie są różni. Postanowilam zatem wyglądać na znudzonego światowca i nie zadawać pytań. "A wiesz,że tu nie sprawdzają biletów?" radośnie zagaił dziad. "No,co ty powiesz-pomyślałam jadowicie-przecież jak nie wrzucisz monet przy wejściu to cię kierownik autobusu nie wpuści.Co mają sprawdzać? Świeżość oddechu?" Milcząc dawałam dziadowi do zrozumienia, że nie jestem w nastroju do pogawędki.W myślach zastanawiałm się, jak może wyglądać nora takiego żylastego dziadygi. Ale szybko musiałam przestać, bo wyobraźnia płatała mi rozmaite figle i mogło to się różnie skończyć. Właśnie przejeżdzaliśmy przez ogromny,bardzo wysoki most, z którego rozciągał się wspaniały widok na panoramę nadbrzeża i rozświetlone,zapierające dech, futurystyczne miasto. "A wiesz,że.." zaczął dziad kolejne pytanie z serii edukacyjnej" tu trzeba płacić za przejaz przez most?" "O"wyraziłam opinię,a dziadunio wyraźnie ośmielony kontynuował swoją durną paplaninę. Wyłączyłam dźwięk. Z nieprzyjemnego otępienia wyrwało mnie szarpanie walizki za nadwyrężone uszko. Dziadek wyraźnie szykował się do ewakuacji. "Naciśnij ten czerwony- wskazał na plastikowy kwadracik na ścianie autobusu- bo się nie zatrzyma!"Z nadzieją,że naciśnięcie czerwonego przycisku doprowadzi do eksplozji w autobusie, nacisnęłam. Ding ding,zapaliło się światełko, autobus zwolnił, a kierowca otworzył drzwi. "Dobranoc' powiedział kierowca i żółte akwarium odjechało gdzieś w noc. "Nie zostawiajcie mnie!!-chciałam krzyczeć i rzucić się w dramatyczną i fotogeniczną pogoń za odjeżdżającym autobusem. Ale tylko stałam i gapiłam się na zadowolonego z siebie dziadka. "Normalnie, to on się tu nie zatrzymuje, wiesz? "No i co z tego- pomyślałam bez entuzjazmu "Tylko w nocy "Rezczywiście...?- Ciekawe, jakie są szanse, że nas napadną i dziadyga zginie pchnięty nożem, zastanawiałam się. Jednak było bardzo cicho i spokojnie, a jeśli w okolicy grasowali nawet jacyś złoczyńcy, to byli niezwykle dyskretni i zupełnie nami nie zainteresowani. "O, zobacz!" zapiszczał dziadunio radośnie "Domek!" Nad wejściem do ponurego, prostokątnego bloku wisiał napis "DOM dla sób wymagających pomocy".
Nieme kino, czyli z walizką przez świat.
Pod górkę, przez krawężnik i na skróty po trawniku, dziadek zasuwał jakby targanie walizy po wertepach było jego ulubioną dyscypliną sportu. Minął hydrant, walnął w śmietnik i zatrzymał się na przejściu dla pieszych. "Widzisz tamten autobus, który właśnie odjeżdża? zapytał mnie domorosły maratończyk bez śladu zadyszki. "Widzę" "To nasz!" oznajmił "musimy go zlapać!- i rzucił się przez ulicę. Przez chwilę oczami wyobraźni ujrzałam dziadka, jak, będąc na kolizyjnym z dużym pojazdem dwuśladowym ulega śmiertelnemu wypadkowi, a jego żylaste, małe ciałko rozmazują po asfalcie bezlitosne opony. Niestety. Dziad dopadł autobusu i wsadził chudą nożynę w drzwi. "No szybko!" wrzasnął do mnie, bardzo zadowolony ze swego osiągnięcia. Nawet waga żółtej walizy nie powstrzymała go od ustanowienia nowego rekordu w biegu przełajowym po mieście. "Pomogę wam z walizką, to na pewno ciężkie" zaoferowal się jakiś koleś w czymś dziwnym na głowie. "Prosił cię ktoś o to?!" zakomunikowałam mu niewerbalnie. "Twój dziadek to ma krzepę!" przyjacielsko zagadnął niezrażony koleś. Mową ciała dałam mu do zrozumienia, żeby się zajął globalnym ociepleniem, albo olimpiadą. Teraz.
Krokodyl Dundee.
Skakał i machał tym durnym kapeluszem. "Dzień Dobry" wydusiłam, bo gardło jakoś nie chciało mi działać prawidłowo. "O jak dobrze,że juz jesteś!-ucieszył się Krokodyl Dundee i opalona gęba rozpłynęła mu się w uśmiechu."A jaka ty ładniutka jesteś! No kurwa mać. A zazwyczaj nie stosuję wulgaryzmów. No chyba,że jest absolutnie konieczne. Tym razem zdecydowanie było. Zapytałam,gdzie idziemy na taksówkę, a dziadek na to,że po pierwsze to taksówki w Nowym Jorku są drogie, po drugie niebezpieczne, a po trzecie to narażają pożądnych obywateli na dodatkowe koszta nieprzewidziane w taryfikatorze. I dlatego,zakomunikował mi straszny dziadunio, pojedziemy autobusem! To ślicznie, jak mawia moja ciotka Bodzia, ale ta pieprzona waliza z minuty na minutę ważyła więcej, w zasięgu wzroku nie było żadnych autobusów, a dodatkowo sierpień w tej części świata jest cholernie duszny, wilgotny i gorący. Niczym nie zrażony dziadzio złapał moją walizę i dziarskim truchtem podyrdał w kierunku nowojorskiej nocy....
Nie ma odwrotu, czyli terminal przylotów.
Trzęsły mi się ręce, ale upchałam jakoś swój dobytek do walizki, pieczołowicie owijając butelkę żubrówki w piżamę. Konfrontacja z rzeczywistością zbliżała się do mnie jak osobowy relacji Kielce-Warszawa. Na ścierpniętych nogach, wśród innych podróżników zbliżałam się do bramki, za którą miał czekać na mnie Pan Stach. Jako znak rozpoznawczy ustaliliśmy, że mój gospodarz wystąpi w australijskim kapeluszu. "Żeby chociaż...żeby chociaż....-łomotało mi po głowie, ale żadne życzenie nie dawało się jakoś sprecyzować. I oto proszę. Stoi. Krokodyl Dundee, psiakrew. Krótkie spodenki. Koszulina. Kapelusz. Lat 75. No to ładnie...
piątek, 08 sierpnia 2008
Seria niefortunnych zdarzeń.
Jak już przekichałam podróż drogą powietrzną do Nowego Jorku, zorientowałam się, że na ziemi obiecanej przybysze dzielą się na lepszych i gorszych. Ci lepsi z amerykańskim paszportem śmignęli sobie bez kolejki, a ja, jako potencjalne zagrozenie, musiałam zostać poddana dokładnej kontroli celnej. Ze względu na to, że wyglądam jak potencjalny przemytnik, moja żółta, zabezpieczona od niebezpiecznych wypadków brązową taśmą klejącą walizka, została publicznie udostępniona zwiedzającym. A mówiła Mamusia, pakuj ładnie, bo wstyd będzie, jakci do walizki zajrzą. No i był. "Czy żywność jakaś jest? spytała Gruba Dynia w mundurze, "Eee, nie ma- odpowiedziałam drżącym z emocji głosem. W końcu posługuje się obcym językiem i mogę byc troche zdenerwowana,nie? "Czy alkohol jakiś jest? Gruba Dynia łypnęła na mnie znudzonym okiem. "Eee, jest. E, to znaczy nie ma. A właściwie to nie pamiętam...-przyznałam z wrodzona szczerością. Niepotrzebnie. "Zobaczymy..."obiecała Gruba Dynia,przyglądając mi się z cieniem zainteresowania. I zaczęła grzebać w walizce. "O,jest-znalazła butelkę Żubrówki i bez emocji odłożyła ją na miejsce."A co to? zainteresowała się jednak wydłubując z kłębowiska odzieży związane sznurkiem pędzle. "No pędzle" wyjaśniłam."A to?"Gruba Dynia zaprezentowała kolejce drugi pęczek. "Druty do robienia na drutach" Gruba Dynia podniosła wzrok, ciężko westchnęła i wbiła mi wizę na sześć miesięcy. NASTĘPNY!
Dalej stoję w kolejce po wizę.
jak tak sobie stałam na tych całkiem przyjemnych schodkach wiele myśli przychodziło mi do głowy. Ale, na swoje nieszczęście, ani jednej nie wzięłam sobie do serca, i wewnętrzna walka pozostawała nierozstrzygnięta. W tym czasie byłam mimowolnym świadkiem jednego szalenie widowiskowego załamania nerwowego, dwóch awantur po stronie petenta i jednego wyprowadzenia przez ochronę. Tak bardzo skupiona byłam na otaczających mnie okolicznościach przyrody, iż nie uslyszałam nawoływań ze strony okienka. Może dlatego,że byłam już ostania w kolejce, Pan Z Okienka wyszedł do mnie i zapytał, czy ja po wizę. Eee, tak. No to zapraszam. Wyjścia awaryjnego nie było.
Aha, lub jak niełatwo zdobyć wizę.
We wdzięcznej próbie zdobycia spawności "Little Miss No-Brain", zanim wybrałam się za wielką wodę w jakże skromnym celu podbicia świata, myślałam, że wizy do usa uzyskuje się w sposób następujący: AKT PIERWSZY I MIEJMY NADZIEJĘ, NIE OSTATNI: Werble, kurtyna: "-Dzień Dobry, poproszę wizę." Muzyka dzwonków zza sceny. "-Ależ proszę najuprzejmniej" Oklaski. AKT DRUGI, RZECZYWISTOŚĆ Głos Krystyny Czubówny, zza ekranu: "Zgromadzonena małej przestrzeni osobniki ludzkie patrzą na siebie wrogo. Nikt nie zadaje pytań. Nikt nawet nie mrugnie. Teraz waży się ich przyszłość. Napięcie rośnie" Najpierw zapytałam Tatusia, jaki to był adres. Niestety się zgadzał. Następnie próbowałam zasugerować,że skoro i tak jesteśmy w mieście pełnym wspaniałych zabytków klasy światowej, może warto byłoby odnowić swoją wiedzę na ich temat. Tatuś podwinął swój wąs stoczniowy w geście oczywistej demonstracji siły i rzekł, że nie po to wstawał o 5 rano, żeby teraz latać i oglądać jakieś mury. "Tyle stały, to jeszcze postoją"- dodał-"A poza tym przez całą podstawówkę na szkolnych wycieczkach dosyć się napatrzyłaś, stawaj w kolejkę i nie marudź" No to stoję. Na tle bardzo silnej reprezentacji Podkarpacia wyglądam bardzo mizernie. Nie mam nawet reklamówki. Ani nawet bogatej dokumentacji. Właśnie... "Tato...? "E? "Co ci ludzie tam mają za papiery? "A ty gdzie masz swoje?! "Jezu tatuś, ja nie wiem co to jest... Pot spływa mi po plecach i już zaczyna przygotowywać się na to, co powie Tatuś, jak PaniPan W Okienku zapyta mnie o te papiery. Megafon wzywa do oddawania paszportów. To oddaję. I dalej stoimy. Minę mam nietęgą i naprawdę chcę już wracać do domu, awansowałam i stoję juz w kolejce na schodach w środku.
Podróżniczka,a rozumek w domu został....
Cholery można było dostać w samolocie,tak starałam się wygląda ć świtowo, a tu przyplątał mi się taki katar, że nikt nie chciał koło mnie usiąść. {I bardzo dobrze, ja was też nie lubię.} Z prędkością kilkunastu kichnięć na sekundę skutecznie zraziłam do siebie współpodróżujących.Dopiero jakaś spóźniona zakupowiczka reflektowała na ostatnie wolne miejsce do NYC. Trochę zawadzały mi jej liczne torby z zakupami, ale co tam, witaj przygodo! Lecimy i lecimy i lecimy i lecimy... Nudziło mi się, bo raczej lubię zawierać znajomości na ulicy, szczególnie te ciekawe, a co dopiero znajomości światowe, a tu nic. Obładowana zakupowiczka, niezmiernie światowa, naciągnęła sobie na oczy pikowane zakrywadełko chroniące ją od świata zewnętrznego i tyle ją widziałam. Trudno. Mój spięty mózg nie funkcjonował poprawnie, nawet w swoim skromnym zakresie. Bałam się. Zaczęłam sobie wyobrażać jak będzie wyglądał człowiek, do którego lecę i jakie może mieć mieszkanie. Wcześniej rozmawiając z nim przez telefon zorientowałam się, że to prosty i niewykształcony człowiek, w wieku co najmniej mojej babci-ale osoba, która nas skontaktowała, to przecież moja rodzona siostra cioteczna. Miałam się dopiero przekonać, jak wiele prawdy jest w powiedzeniu, że z Rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach....
Jak to się w ogóle zaczęło?
Bardzo prosto. Przez durne filmy w telewizorze. Oglądasz sobie takiego Woody Allena, i myślisz, że właśnie Upper West to Nowy Jork. Oglądasz więcej filmów, czytasz książki, zbierasz artefakty, planujesz, że kiedy tylko nadarzy się okazja, to już Cię tu nie ma! I okazja zawsze prędzej czy później się nadarzy,ktoś poznał kogoś i ten drugi ktoś zaprasza pierwszego ktosia, gdzie? Właśnie TAM! No jak tu nie jechać!???! Dyplom obroniony z wyróżnieniem, wiza w kieszeni, praca porzycona z wielkim hukiem! Nic, tylko pakować się w auto i na lotnisko. Rodzina sponsoruje bilet, bo to niby,że w nagrodę, za świetny dyplom-brawo! Zakupiłam zatem dużą,używaną walizkę w kolorze żółtym ( innych nie było), ustaliłam kto odwiezie mnie na lotnisko i zaczęłam pakowanie. W skład pakowanie zawsze wchodzi nieodłączny element wyrzucania, zatem pozbyłam się przy okazji nadbagażu w postaci etatowego narzeczonego i dwóch propozycji małżeństwa, oraz, w promocji, jednej groźby samobójczej. Ale cóż, dusza artysty niestała jest, wzywa mnie wielki świat! Jadąc z Tatusiem i Mamą na lotnisko zaczynałam mięknąć i gdzieś tak przy granicy państwa zająknęłam się, że może nie jest to najrozsądniejsza decyzja, aby jechać tak daleko do osoby,której nikt tak naprawdę nie zna. Rodzina ponuro potwierdziła. Zapał odkrywcy nieco mi przygasł i spróbowałam swych szans raz jeszcze. O mili Czytacze! Jakże teraz rozumiem co czują krowy wiezione w kierunku rzeźni! Żałosne żale, próżny trud...Ostatnia, dramatyczna próba miała miejsce na parkingu, gdzie próbowałam zgubić samochód. Niestety. Prawdziwie żal było widzieć szczere łzy żegnajacych mnie Rodziców, ale nic to w porównaniu, co dopiero na mnie czekało w niedalekiej przyszłości...
A miało być tak pięknie....
Bezrobotny artysta w kuchni gapi się na golębie na dachu.
Po sześciu latach durnej pracy w Nowym Jorku, jestem z powrotem,w punkcie wyjścia.
W ojczyźnie, w mieścinie, w mieszkanku, w którym właśnie wypadło okno w sypialni.
Sytuacja materialna: bez zmian.
Sytuacja osobista: mąż, sztuk jeden.
Sytuacja zawodowa: bezrobotny artysta.
Niesamowite jest to, że z fizycznego punktu widzenia nie została wykonana żadna praca: jestem nieomal w tym samym punkcie, z którego wystartowałam 6 lat temu na podbój Ameryki. To co przerobiłam Tam wystarczy na pięć średnio urozmaiconych życiorysów, ale teraz,siedząc w kuchni przy 50-letnim stole,mam wrażenie, że tak naprawdę spałam przez ten czas, że nic nie wydarzyło się realnie, że był to po prostu jakiś długi, gorączkowy sen...
|